poniedziałek, 8 czerwca 2015

Ceremonia Otwarcia Finału Ligi Europy Uefa !




czyli jak zostałam Harrym Potterem



Jak zobaczyłam ogłoszenie w internecie, zamurowało mnie. Jak to. Dopiero poukładałam sobie wszystkie bieżące sprawy, zakończyłam pomoc przy Cavaliadzie, z grubsza zaliczyłam przedmioty i wyleczyłam kontuzję a tu szykuje się następny event?
Przecież wczoraj rozmawiałam z mamą, że czas najwyższy odsapnąć, zabrać się za naukę i podratować moje życie towarzyskie.

Nie. No dobrze, nie to nie.

Znając siebie, wiedziałam że jestem na z góry przegranej pozycji. W walce ZRÓB COŚ a NIE RÓB CZEGOŚ wygrywa zazwyczaj ta pierwsza opcja, dziwnym trafem nie dotyczy to za bardzo spraw edukacyjnych, a wszelakich innych. No ale dobrze.

Przewijam życie trzy lata wstecz. Euro 2012. Zestresowana Moniczka, w białym kombinezonie-plemniku, z trikolorową, plastikową spódnicą, razem z 700 innymi koleżankami w wejściu numer 1. Wbiegam na Narodowy.
Ludzie szaleją z radości. To było najlepsze uczucie w moim życiu, i moim najmocniejszym argumentem był to, że chce doświadczyć go jeszcze raz.

I tyle. Faktyczna decyzja została podjęta jakieś 3 sekundy po przeczytaniu ogłoszenia, więc w sumie racjonalna część mnie nawet nie zdążyła zareagować. Często tak się zdarza w moim wesołym życiu, jeśli mam być szczera.

Przygotowania zaczęły się w maju. Cały wolny weekend+ każdy weekend maja i wybiórczo dni w tygodniu. Treningi odbywały się na Targówku i Natolinie. W praktyce wyglądało to tak, że byliśmy tam od sześciu, do dziesięciu godzin dziennie. Ktoś policzył, że jedno "przetańczenie"- przebiegnięcie, to około jeden kilometr, a maksymalna prędkość 16 km na godzinę. 

(nie dodałam- nienawidzę biegać)

Tańczyliśmy z flagami. Wielkie. Ciężkie. Ręce więdną po czterdziestu sekundach machania tym ustrojstwem, serio. Flagom, w przeciwieństwie do kwadratów, nie było dane tańczyć, i to chyba był największy zawód, przynajmniej z mojej strony.

Szybko zrobiłam sobie coś z nogą. Myślałam, że to przez buty, biegam od pięty, że ścięgno Achillesa. I błagałam, żeby to nie było zapalenie ścięgna Achillesa, i nie było. Teraz błagam, żeby jednak je mieć.

Podjęłam decyzję, że chwilowo rezygnuję ze swoich treningów, bo nie dam rady. Zrezygnowałam- na miesiąc. Na UEFA chodziłam dalej, i szczerze powiem, że to była walka o przetrwanie. Jak raz Cię nie było, ktoś inny mógł już stać na twoim miejscu.
Zatańczyłam. Jakoś dotrwałam do końca, opuściłam może jeden weekend przygotowań.

Sam występ wspominam źle. Nie będę kłamać. Po pierwsze, stadion wcale nie był pełny. Nie było tego wrażenia, nie było wiwatów i krzyków (to daje power). Po drugie, 15 sekund po wybiegnięciu coś mi poszło w nodze. I to nie tak jak an treningach, tylko tak poważnie. Nie że kuleję, tylko że nie jestem w stanie iść. No i panika. Bo biegnę druga. Bo mówili, że biegniemy do końca, a potem możemy sobie umierać.


Nie pamiętam tego za bardzo. Nie ma takiego bólu. Nie ma, i nie chce do pamiętać. I nikomu, największemu wrogowi, nigdy bym go nie życzyła. Pamiętam, że tak było najgorzej, mniej więcej środek występu, myślałam sobie, że już nic nigdy w życiu nie zrobię, że nic nie muszę, tylko dobiec do końca, i potem mogę umrzeć.

Nie umarłam (to dobrze) natomiast do szpitala odwiozła mnie karetka (to gorzej).

Sama wizyta była zabawna. Wydawało i się, że jestem najdziwniejszym pacjentem na ostrym dyżurze. Zawieźli mnie tam, tak, jak tańczyłam: w dziwnym stroju i za mocnym makijażu. Wyglądałam jak niedorobiony i zapłakany Harry Potter bez miotły, który spadł z niej podczas meczu quidditcha i potrzebuje wsparcia psychicznego. Po wstępnie udzielonej pomocy i wszystkich badaniach ratownicy medyczni zabrali mi moją śmieszną pelerynkę i zaczęli w niej przechadzać się po oddziale, potem próbowali ją przehandlować za pielęgniarskie ubrania, ale byłam nieugięta.Jako pamiątka została mi cała ręka w szpitalnych pieczątkach i poprawienie nastroju.

Znalezione obrazy dla zapytania quidditch
 Okazało się, że prawdopodobnie mam torbiel w kości stopy i podczas intensywnych treningów została ona uszkodzona. Problem jest taki, że trzeba zrobić szereg badań, żeby określić jaka jest to kontuzja, i co z nią właściwie zrobić. Normalnie torbiel wypełnia się operacyjnie. To mnie prawdopodobnie czeka.
Drugi problem jest taki, że dla mnie to oznacza kolejne tygodnie bez tańca, i szczerze mówiąc szlag mnie już trafia. Nauczyłam się trochę pokory, więc czekam, nie rozpaczam, i codziennie się rozciągam.

Czy żałuję? Nie. Dlaczego. Wczoraj z przyjaciółką ogarniałyśmy, że mamy życie jak Edith Piaf, niczego nie żałujemy. (Hihi) Bo czemu powinnyśmy? Kolejne doświadczenie. Co cię nie zabije, to cie wzmocni.
Poza tym poznałam świetnych ludzi. Boże, jacy oni są niesamowici. Niby nic takiego, ale wszyscy to tancerze. Profesjonalni. Ich życie to taniec. Praca to taniec. Przyszłość to taniec. To jest niesamowite.
Jak się funkcjonuje w ten sposób, uświadamiasz sobie, że jesteś taki sam. Bo nie ma nic innego. Jest to, co masz, i tyle. Finito.

I dobrze. Wiem co chcę robić. Nie wiem czy mam niefart, czy za słabe ciało, czy to fatum całe życie sprawdza moją determinację i upór, ale jedno jest pewne.

Tyle w to zainwestowałam. że nie przestanę tańczyć. Po prostu. Chociażbym miała wrócić, i zaczynać od początku. Bo chyba o to w życiu chodzi, żeby znaleźć coś, co daje szczęście, i wkładać w to jak najwięcej serca.