poniedziałek, 6 lipca 2015

Maj-czerwiec

czyli osiemnastka jest dobra na wszystko


      Dwudziesty ósmy maja. Budzę się dzień po Ceremonii, z kontuzją nogi i przerażeniem, że dziś nie będę biegać dziesięć godzin. Nawet jakbym chciała, to nie mogę, bo prawdę mówiąc chodzę o kulach. Druga myśl, która powoli dociera do wątpliwej zawartości mojej czaszki, to fakt mojej osiemnastki za dwa dni. To trochę poprawia mi nastrój. Na krótko, bo zaraz za drugą informacją biegnie trzecia, o zagrożeniu z matematyki.

  Pouczyłabym się, ale moja niewiedza mnie przeraża. Wstałabym, ale słońce świeci zbyt jasno. I w ogóle wszystko jest zbyt.

   Nie będę się rozpisywać o moich bitwach z edukacją, bo to bez sensu. Ponieważ praktycznie za każdym razem machałam białą flagą, a oni nauczyciele uparcie wyszukiwali się we mnie geniusza. Mogę wspomnieć, że nie wiem jakim cudem powstawiali mi takie oceny, jakie powstawiali, jakim cudem dostałam piątkę z matmy i jakim cudem mam trzy na koniec, jakim cudem jestem szczęśliwym posiadaczem czwórki z historii. Nie wiem. To są rzeczy, których nie jest dane oceniać zwykłemu śmiertelnikowi. Kocham dąbro!

   Moja osiemnastka była wspaniała. De facto druga, bo pierwsza odbyła się w długi weekend majowy. Nie mogę więcej napisać, ponieważ cenzor uznał, że reszta nie nadaje się do publikacji. Tak więc było bardzo fajnie, impreza się odbyła. Nie ma ofiar śmiertelnych.

 
  Druga miała miejsce w pubie Nowy Bolek na Polach Mokotowskich. Wszyscy się stawili, alkohol został wypity, pizze zjedzone. Od moich wspaniałych laseczek z Mirage dostałam piękny kolaż i pięć kilogramów bananów (jakby ktoś nie wiedział- kocham banany), pluszowego konia od Roberta i dużo innych pięknych prezentów. Na ten wieczór porzuciłam kule (tak zwane yolo), i nawet tańczyłam. Razem z Gabrysią i Kamilą znalazłyśmy tasiemca w łazience, a trzydziestka moich najlepszych znajomych dzielnie się integrowała. Jedyny stresujący moment tak naprawdę był wtedy, gdy moja wspaniała bff Gabrysia uznała, że idzie tańczyć koło godziny pierwszej, a potem znikła. Przeszukaliśmy każdy kąt, cały ogród, Gabrysi brak. Torebka zostawiona.
Zguba przyszła ze zmieszanym wyrazem twarzy koło 3 twierdząc, że istotnie tańczyła a potem poszła na spacer pod drzewo (?) z jakimś gościem, który nie do końca wie jak wygląda, bo było ciemno (?) i w sumie też nie jest do końca pewna jak ma na imię (?). Upewniwszy się, że nic poważnego się nie stało, Gabrysia została odprowadzona do domu przez mojego kochanego brata.

   Ja postanowiłam, że z Pól Mokotowskich koniecznie do domu muszę wracać piechotą. Wyjątkowo stanowczo odmówiłam zamówienia taryfy, ponieważ tak. No i wracaliśmy, ja i Piotrek, najbardziej wytrwałe koty melanżu.Gdy dotarliśmy na miejsce było jasno, a kaczki wstały (to jest najlepszy argument na to, że trzeba spać, jaki kiedykolwiek słyszałam).

    Ta noc była wspaniała. Przez czas ciężkiej pracy nad Ceremonią nie miałam czasu dosłownie na nic, moi znajomi nie widzieli się ze mną bardzo długo. Potem wszyscy razem pokazali mi, że jestem dla nich naprawdę ważna. Zorganizowanie tego było warte każdych pieniędzy.

    Skończyłam szkołę, znalazłam pracę. Przypomniałam sobie, jak to jest mieć życie prywatne. Czyżby okazywało się, że kontuzja ma swoje dobre strony?

  
   Lato przyszło, zrobiłam się romantyczna, kwiatki, książki, chmurki, bzdurki.


   Jak to mówili w starożytnej Grecji : trudno.
   Ja tam z uporem będę pchała letnie taczki obłędu!
   Buziak!


poniedziałek, 8 czerwca 2015

Ceremonia Otwarcia Finału Ligi Europy Uefa !




czyli jak zostałam Harrym Potterem



Jak zobaczyłam ogłoszenie w internecie, zamurowało mnie. Jak to. Dopiero poukładałam sobie wszystkie bieżące sprawy, zakończyłam pomoc przy Cavaliadzie, z grubsza zaliczyłam przedmioty i wyleczyłam kontuzję a tu szykuje się następny event?
Przecież wczoraj rozmawiałam z mamą, że czas najwyższy odsapnąć, zabrać się za naukę i podratować moje życie towarzyskie.

Nie. No dobrze, nie to nie.

Znając siebie, wiedziałam że jestem na z góry przegranej pozycji. W walce ZRÓB COŚ a NIE RÓB CZEGOŚ wygrywa zazwyczaj ta pierwsza opcja, dziwnym trafem nie dotyczy to za bardzo spraw edukacyjnych, a wszelakich innych. No ale dobrze.

Przewijam życie trzy lata wstecz. Euro 2012. Zestresowana Moniczka, w białym kombinezonie-plemniku, z trikolorową, plastikową spódnicą, razem z 700 innymi koleżankami w wejściu numer 1. Wbiegam na Narodowy.
Ludzie szaleją z radości. To było najlepsze uczucie w moim życiu, i moim najmocniejszym argumentem był to, że chce doświadczyć go jeszcze raz.

I tyle. Faktyczna decyzja została podjęta jakieś 3 sekundy po przeczytaniu ogłoszenia, więc w sumie racjonalna część mnie nawet nie zdążyła zareagować. Często tak się zdarza w moim wesołym życiu, jeśli mam być szczera.

Przygotowania zaczęły się w maju. Cały wolny weekend+ każdy weekend maja i wybiórczo dni w tygodniu. Treningi odbywały się na Targówku i Natolinie. W praktyce wyglądało to tak, że byliśmy tam od sześciu, do dziesięciu godzin dziennie. Ktoś policzył, że jedno "przetańczenie"- przebiegnięcie, to około jeden kilometr, a maksymalna prędkość 16 km na godzinę. 

(nie dodałam- nienawidzę biegać)

Tańczyliśmy z flagami. Wielkie. Ciężkie. Ręce więdną po czterdziestu sekundach machania tym ustrojstwem, serio. Flagom, w przeciwieństwie do kwadratów, nie było dane tańczyć, i to chyba był największy zawód, przynajmniej z mojej strony.

Szybko zrobiłam sobie coś z nogą. Myślałam, że to przez buty, biegam od pięty, że ścięgno Achillesa. I błagałam, żeby to nie było zapalenie ścięgna Achillesa, i nie było. Teraz błagam, żeby jednak je mieć.

Podjęłam decyzję, że chwilowo rezygnuję ze swoich treningów, bo nie dam rady. Zrezygnowałam- na miesiąc. Na UEFA chodziłam dalej, i szczerze powiem, że to była walka o przetrwanie. Jak raz Cię nie było, ktoś inny mógł już stać na twoim miejscu.
Zatańczyłam. Jakoś dotrwałam do końca, opuściłam może jeden weekend przygotowań.

Sam występ wspominam źle. Nie będę kłamać. Po pierwsze, stadion wcale nie był pełny. Nie było tego wrażenia, nie było wiwatów i krzyków (to daje power). Po drugie, 15 sekund po wybiegnięciu coś mi poszło w nodze. I to nie tak jak an treningach, tylko tak poważnie. Nie że kuleję, tylko że nie jestem w stanie iść. No i panika. Bo biegnę druga. Bo mówili, że biegniemy do końca, a potem możemy sobie umierać.


Nie pamiętam tego za bardzo. Nie ma takiego bólu. Nie ma, i nie chce do pamiętać. I nikomu, największemu wrogowi, nigdy bym go nie życzyła. Pamiętam, że tak było najgorzej, mniej więcej środek występu, myślałam sobie, że już nic nigdy w życiu nie zrobię, że nic nie muszę, tylko dobiec do końca, i potem mogę umrzeć.

Nie umarłam (to dobrze) natomiast do szpitala odwiozła mnie karetka (to gorzej).

Sama wizyta była zabawna. Wydawało i się, że jestem najdziwniejszym pacjentem na ostrym dyżurze. Zawieźli mnie tam, tak, jak tańczyłam: w dziwnym stroju i za mocnym makijażu. Wyglądałam jak niedorobiony i zapłakany Harry Potter bez miotły, który spadł z niej podczas meczu quidditcha i potrzebuje wsparcia psychicznego. Po wstępnie udzielonej pomocy i wszystkich badaniach ratownicy medyczni zabrali mi moją śmieszną pelerynkę i zaczęli w niej przechadzać się po oddziale, potem próbowali ją przehandlować za pielęgniarskie ubrania, ale byłam nieugięta.Jako pamiątka została mi cała ręka w szpitalnych pieczątkach i poprawienie nastroju.

Znalezione obrazy dla zapytania quidditch
 Okazało się, że prawdopodobnie mam torbiel w kości stopy i podczas intensywnych treningów została ona uszkodzona. Problem jest taki, że trzeba zrobić szereg badań, żeby określić jaka jest to kontuzja, i co z nią właściwie zrobić. Normalnie torbiel wypełnia się operacyjnie. To mnie prawdopodobnie czeka.
Drugi problem jest taki, że dla mnie to oznacza kolejne tygodnie bez tańca, i szczerze mówiąc szlag mnie już trafia. Nauczyłam się trochę pokory, więc czekam, nie rozpaczam, i codziennie się rozciągam.

Czy żałuję? Nie. Dlaczego. Wczoraj z przyjaciółką ogarniałyśmy, że mamy życie jak Edith Piaf, niczego nie żałujemy. (Hihi) Bo czemu powinnyśmy? Kolejne doświadczenie. Co cię nie zabije, to cie wzmocni.
Poza tym poznałam świetnych ludzi. Boże, jacy oni są niesamowici. Niby nic takiego, ale wszyscy to tancerze. Profesjonalni. Ich życie to taniec. Praca to taniec. Przyszłość to taniec. To jest niesamowite.
Jak się funkcjonuje w ten sposób, uświadamiasz sobie, że jesteś taki sam. Bo nie ma nic innego. Jest to, co masz, i tyle. Finito.

I dobrze. Wiem co chcę robić. Nie wiem czy mam niefart, czy za słabe ciało, czy to fatum całe życie sprawdza moją determinację i upór, ale jedno jest pewne.

Tyle w to zainwestowałam. że nie przestanę tańczyć. Po prostu. Chociażbym miała wrócić, i zaczynać od początku. Bo chyba o to w życiu chodzi, żeby znaleźć coś, co daje szczęście, i wkładać w to jak najwięcej serca.

środa, 8 kwietnia 2015

Studyjny czteropak!


Znalezione obrazy dla zapytania logistyka mediów

Czyli gdzie iść i dlaczego:poszukiwania


Wygląda na to, że odważyłam się ruszyć ten paskudny temat. Przezorny zawsze ubezpieczony, więc trącam go dwumetrowym kijem- żeby do końca sobie nie uświadomić, że na serio nie wiem co studiować po profilu humanistycznym, trwać przy resztach moich nadziei "pchając taczki obłędu"- czytaj czyhającego bezrobocia i skandalicznego braku matematycznej wiedzy. :D

Nie zmienia to faktu, że chciałabym mieć wyższe wykształcenie (to nie jest takie trudne), i chciałabym również żeby to wyższe wykształcenie do czegokolwiek mi się w życiu przydało (z tym już ciężej).

Posługując się moim niebywałym zmysłem logicznej analizy kierunków, które oferuje dzisiejszy uniwersytecki rynek oszacowałam sobie mniej więcej oferty kilku z nich.
Zaciągnęłam porady u znajomych, przyjaciół, znajomych przyjaciół i oto ja z wynikami mojego wspaniałego badania.

Dużo kierunków, które mnie interesują wymagają sporego orientowania się w przedmiotach ścisłych. Najlepszym przykładem jest upragniona logistyka mediów.

Jest to młody kierunek otwarty na Uniwersytecie Warszawskim. W założeniu łączy ludzi z pasją dziennikarską smykałką do innowacyjnych technologii. Radzę sobie z zarządzaniem, przedsiębiorczością, dam radę. Świetna sprawa. Uczysz się wszystkiego od zarodka, embrionu, nie wiem.Wiesz jak działa każdy mechanizm w medialnym przedsiębiorstwie. Rozumiesz cały medialno-marketingowy system.

Otworzyłam sobie przedmioty na owym kierunku i zaraz potem zbierałam szczękę z podłogi. Informatyka, inżynieria systemów, ekonomia. Przedmioty takie jak te dość często przewijały się przez plany zajęć. Nie ma co się łudzić, mimo że do rekrutacji wlicza się polski, język, matma (podstawowa lub rozszerzona) i jedno rozszerzenie (np. z historii).

dla zainteresowanych:  http://logistyka.id.uw.edu.pl/




Znalezione obrazy dla zapytania prawoPrawo!

Prawo mądre, sprawiedliwe, przynoszące dobrobyt, bogactwo i pokój na świecie. Prawo humanistyczne.

Nieprawda.

Po pierwsze, jednym z cięższych przedmiotów na (jak mi się zdaje) pierwszym roku prawa jest milutka logika dla prawników. Brzmi w miarę przyjaźnie, i dobrze że chociaż brzmi, bo bynajmniej nie wygląda. Moja osobista walka z logiką dla prawników trwała średnio osiem sekund i skończyła się moją sromotną klęską.

 Kierunek niewątpliwie ambitny i (nie lubię tego słowa) prestiżowy. Dla inteligentnych, faktycznie zainteresowanych tym ludzi. Jak ze wszystkim, tylko ciężej.

Pomijając tę kwestię, nie da się ukryć, że jest to po prostu i zwyczajnie okrutnie pamięciowa nauka. Fakt, że pominięcie jakiejś adnotacji do ustawy może sprawić, że konkurent zgarnie całą stawkę wcale mi się nie podoba, tak samo jak brodzenie w zawiłościach skomplikowanego słownictwa i ciągłe szukanie odnośników i luk w przepisach.

Ostatnią i w moim przypadku decydującą kwestią jest...wątpliwość w moralności działań. Do osobistej refleksji.



Rekrutacja: na uksw jeden przedmiot (historia, wos itd), na UW dwa.

 https://irk.uw.edu.pl/katalog.php?op=info&id=SJ-PR
 http://www.rekrutacja.uksw.edu.pl/node/83




Dziennikarstwo!

Zdania uczonych są podzielone. Tekst, że fascynat zawsze znajdzie sobie pracę jest dosyć popularny, ale trzeba przyznać, że przy dyskusjach o dziennikarskie pojawia się dużo częściej.
Z tego co się orientuję kierunek bezsensowny dla osoby niezorganizowanej i czekającej na szczęście w życiu, podczas gdy żadne działanie za tym nie idzie.

Fakt jest jeden: z samym licencjatem z dziennikarstwa w CV dla medialnego pracodawcy nie jest się specjalnie interesującym.

Do opinii, że najlepsi dziennikarze to samouki i fascynaci i w ogóle po dziennikarskie należy się wieszać odnoszę się z dystansem, bo uważam, że jak się chce, to ze wszystkiego można wyciągnąć wiedzę i doświadczenie, czy chociażby możliwość załatwienia sobie fajnego stażu albo praktyki.
Także chyba dla osób, które tu i ówdzie potrafią się zakręcić.

 Rekrutacja: jedno rozszerzenie (typu historia,wos) czasem rozmowa kwalifikacyjna!

https://irk.uw.edu.pl/katalog.php?op=show&kierunek=DK
http://www.rekrutacja.uksw.edu.pl/node/63
http://www.rekrutacja.uksw.edu.pl/node/63



Psychologia!

Studia na UW lub UKSW, jak sądzę. Zdaję się, że jeszcze na APSie. W rekrutacji starcza polski, angielski, ciut matmy i rozszerzenie. Studia jednolite magisterskie, czyli pięć lat nauki. Podyplomowo dużo fajnych opcji, takich jak coaching czy doradztwo zawodowe.
Do głosów, że pracy brak odnoszę się sceptycznie z jednego względu: psychologia jest kosmicznie rozbudowaną wiedzą i wydaje mi się, że jak odpowiednio się tym wszystkim operuje można sobie wykroić super specjalistyczną działkę w której można być mistrzem.
  1. Psychologia Ogólna i Metodologia Badań Psychologicznych
  2. Psychologia Kliniczna i Osobowości
  3. Psychologia Pracy i Stresu
  4. Psychologia Zdrowia i Niepełnosprawności
  5. Psychologia Rozwojowa, Wychowawcza i Rodziny
  6. Psychologia Sądowa i Penitencjarna
Oto kilka specjalizacji.
Do refkeksji.
Rekrutacja: polski, angielski, rozszerzenie.



https://irk.uw.edu.pl/katalog.php?op=info&id=SJ-PS
http://www.rekrutacja.uksw.edu.pl/node/85
https://irk.aps.edu.pl/katalog.php?op=info&id=DM-PY


Na razie tyle. Wystarczy, w końcu mamy jeszcze rok.

Do usłyszenia!

niedziela, 22 marca 2015

Cavaliada 2015

Wolontariat- spojrzenie od wewnątrz


Witam po długiej przerwie!

Działo się dużo i intensywnie, jednym z najważniejszych wydarzeń marca była warszawska Cavaliada 2015, czyli Puchar Świata Ligi Europy Centralnej, coroczne, międzynarodowe zawody jeździeckie.

W tym roku miałam okazję brać udział w wolontariacie na rzecz tegoż wydarzenia. W tym celu wysłałam zgłoszenie, list motywacyjny i przeszłam rozmowę kwalifikacyjną. Oczywiście w swojej bezgranicznej naiwności zgłosiłam się do Centrum Prasowym wyobrażając sobie mnie w roli niezwykle ważnej dziennikarki.

Skończyło się to mniej więcej w ten sposób, że we środę oprowadzałam sędziów z Estonii po Warszawie ( było super), brałam udział w przeglądzie wszystkich koni, po czym następnego dnia zaangażowałam się we wszystko co nie wiązało się z siedzeniem w miejscu (praca w Centrum Prasowym na tym niestety polega), to jest wydawanie akredytacji medialnych itd.

Było super. Będąc trochę z boku obserwowałam pracę wielu doświadczonych ludzi, którzy swoim oddaniem i pracowitością stworzyli ogromne jeździeckie wydarzenie. Cały sztab współpracujących, obowiązkowych ludzi w bardzo różnym wieku działał jak jeden wielki zarządzający organizm, gdzie każda luka/ usterka była naprawiana przez każdego po trochu, w określonym i porządnym systemie.

Szczerze mówiąc dla takich ludzi zachciało mi się pracować podwójnie. Każdy dawał z siebie tysiąc procent, i było to widać na każdym kroku. Energia i determinacja była niesamowita i godna podziwu- na serio.

Zastanawiałam się skąd Ci ludzie biorą tyle zapału. Są zasilani energią atomową? Nie jedzą, nie śpią? Wydawało mi się, że są niezniszczalni i wszechogarniający- w najlepszym tego określenia znaczeniu.

I wymyśliłam!

To fascynaci. To tworzyło niesamowitą atmosferę! Ludzie, którzy robią to, nie bo muszą. Przychodzą, poświęcając swój prywatny czas, swoją pracę i zaangażowanie w to, co faktycznie chcą robić. Więc robią to tak, jak potrafią najlepiej- na maxa.

Osobiście uważam, że to niesamowite. Na Cavaliadzie poznałam niesamowitych ludzi, widziałam ich pracę i w niej uczestniczyłam.

To z jednej strony, a zdrugiej?

Kosmos. To, jak ci zawodnicy jeżdżą, to jest dla mnie kosmos i droga mleczna i czarna dziura i nie wiem co jeszcze. Totalny szacunek dla codziennej pracy, cierpliwości, wytrwałości, i tak dalej. Zbierałam szczękę z podłogi oglądając dzieci, które na Cavalida Fucture zasuwały na kucykach jak mały samochodzik, za którym nie mogłam nadążyć wzrokiem.

Nie wiem czy za rok będę brała udział w organizacji Cavaliday- matura nie zna litości. Po dwóch latach nicnierobieniabopoco chyba trzeba się będzie mocno wziąć do roboty...zobaczymy.

Cavaliada 2015 była wspaniałym przedsięwzięciem, i mimo mojej nikłej roli w ogólnym rozrachunku jestem dumna, że brałam w tym udział. Sądzę, że doświadczenie i praca z tymi ludźmi jest więcej warta niż każde pieniądze!

PS. kocham Monie

sobota, 7 lutego 2015

FCE: przygotowanie i podejście

Moje wrażenie.


FCE to certyfikat potwierdzający znajomość języka angielskiego na poziomie średnio zaawansowanym wyższym (B2).

Jeden z najpopularniejszych w Polsce, bo i łatwy do uzyskania.. FCE to egzamin międzynarodowy, taka jest też jego moc: jest honorowany przez wiele instytucji (zarówno polskich jak i zagranicznych) .



Niewątpliwą zaletą jest jego bezterminowość- nie przedawnia się, a kwalifikacje są przyznawane "dożywotnio".

Potwierdza znajomość języka na komunikatywnym poziomie, jest cenny dla pracodawców i inwestorów.

 Na wielu uczelniach zalicza lektorat lub końcowy egzamin z języka angielskiego. Może dawać wejście na zagraniczne uniwersytety, przy ocenie A lub B i kursie pedagogicznym daje uprawnienia do nauczania języka angielskiego w klasach nauczania początkowego. :)

Składa się z pięciu części.
  • Reading – czytanie ze zrozumieniem (1 godz.)
  • Writing – pisanie (1 godz. 20 min)
  • Use of English – test gramatyczny z zastosowania struktur językowych (45 min)
  • Listening – słuchanie (ok. 40 min)
  • Speaking – mówienie (ok. 14 min) 

Skala ocen w stosunku do uzyskanych procent z egzaminu:

A - 80% i powyżej

B - 75% - 79 %

C - 60% - 74%
-oceny pozytywne

D - 55 % - 59%- oceny negatywne

E - 54 % i poniżej


Za każdą z pięciu części testu można uzyskać maksymalnie 40 punktów. Łączna maksymalna liczba punktów to 200. Aby zaliczyć egzamin należy uzyskać łącznie, co najmniej 120 punktów, czyli 60%.
 

Poziom językowy FCE jest porównywany z maturą rozszerzoną z angielskiego.

Przygotowanie

FCE jest egzaminem o bardzo charakterystycznym układzie zadań i określonym schematem ich rozwiązywania.

Można się go nauczyć tylko dzięki dziesiątkom albo nawet setkom godzin poświęconym na rozwiązywanie próbnych testów o tej samej strukturze.

Polecam grupowy kurs językowy nakierowany na zdawanie certyfikatu, ewentualnie kupno książek i pracę własną w domu. Druga rzecz: znajdźcie sojusznika. Przechodziłam przez to, i teraz bardzo doceniam. Motywacja niesamowicie wzrasta jeśli uczy się z tobą twój przyjaciel/przyjaciółka i razem pniecie do określonego celu. Nie mówiąc o poczuciu bezpieczeństwa i komfortu przy zdawaniu egzaminu który pojawia się przy obecności bliskiej osoby. Mi osobiście obecność Ani bardzo pomogła, i zredukowała 40% stresu. Szczególnie, że miałyśmy szczęście zdawać razem speaking, który swoją drogą poszedł mi najlepiej.

 
Nauka własna

Taka jest przykra prawda. Przykra lub nie, bo ja z czasem polubiłam codzienne rozwiązywanie zadań: wtedy, kiedy zaczęły mi coraz lepiej wychodzić. Nie rezygnujcie z tego. Systematyczność daje poczucie bezpieczeństwa i stabilnego przygotowania. Zrozumiałam to zbyt późno, i dlatego moje przygotowania trwały dwa lata, a nie rok.


Powtórki

Miałam sprytny plan nauczenia się kilku fajnych wyrażonek, żeby zabłysnąć przy mówieniu. Oczywiście kilka wieczorów przed egzaminem. I nauczyłam się!

Problem był taki, że jak siadasz przed egzaminatorem z głowy znika wszystko poza rzeczami, które zostały tysiąc razy wbite w głowę.  

Błyskotliwe słówka staną się nieuchwytne, jeśli nie używaliście ich wcześniej w naturalnej rozmowie albo nie wyćwiczyliście ich na zicher.


Wymogi egzaminacyjne

Speaking part ma ograniczenia dotyczące ilości słów. Trzeba na to uważać, gdyż przekroczenie granicy skutkuje niezaliczonym egzaminem. Sama spędziłam 3/4 czasu skreślając to, co wcześniej napisałam, aby się zmieścić w limicie. Taki nawyk z rozszerzonego polskiego - human power.


Zdawanie certyfikatu

Niektóre szkoły językowe rozbijają zaliczenie poszczególnych części na dwa dni. Ja zdawałam certyfikat w Szkole Językowej Lang a wszystkie egzaminy odbyły się jednego dnia. Szczerze mówiąc nie byłam z tego powodu zachwycona: bądź co bądź to jest kilka godzin maksymalnego skupienia.

Jednak okazało się, że ten wybór był bardzo dobry: egzamin pisało się bardzo szybko, a kilkunastominutowe przerwy w zupełności wystarczały, żeby zregenerować siły. Myślę, że jakbym pisała egzamin dwa dni stres by się podwoił co negatywnie wpłynęłoby na wynik. Jak zacznie się rozwiązywać pierwsze części dalsze przychodzą dużo łatwiej. Ostatnia część: najczęściej speaking jest przeprowadzany po dłuższej przerwie.

Decyzja będzie zależeć od Waszych prywatnych preferencji, ale warto nad kwestią -kiedy? dokładnie się zastanowić.
 

Kiedy zdawać?

Ja przygotowywałam się do FCE przez rok w Warsaw Study Centre, ale podeszłam do tematu lekceważąco i do egzaminu nie podeszłam. W międzyczasie nasz native, Frank Duffy, najlepszy nauczyciel języka jakiego kiedykolwiek miałam odszedł z WSC.

Uznałam więc, że kontynuowanie nauki w grupie z innym nauczycielem jest bez sensu i przez rok ja i Ania miałyśmy zajęcia indywidualne w Euro Lingua, raz w tygodniu po półtorej godziny.

Myślę, że do egzaminu powinno się przystąpić wtedy, kiedy czujemy się dosyć pewni, przygotowani, oswojeni z typem zdań i uzyskujemy wyniki z próbnych testów na podobnym, dobrym poziomie (70-80%).


Zdałam na ocenę B, która określa poziom C1. Najlepiej poszedł mi speaking i listening, reszta na nieco niższym, ale równym poziomie.


Oto kilka polskich firm uwzględniających certyfikat FCE przy rekrutacji pracowników:
  • Bertelsmann Media Sp. Z o.o.
  • British Airways
  • Coca-Cola
  • GFK Polonia Sp. z o.o.
  • Kraft Foods Polska S.A.
  • Mennica Polska
  • Panasonic Polska sp. z o.o.
  • Polish Transport Holdings Sp. z o.o
  • Polska Grupa Farmaceutyczna S.A.
  • PPUO Poczta Polska
  • PTK Centertel
  • Tesco Polska Sp. Z o.o.
  • Totalizator Sportowy Sp. z o.o.
  • TNS OBOP
  • Zakłady Chemiczne POLICE S.A.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania zadajcie je w komentarzach albo na mojej facebookowej stronie. Na wszystkie postaram się odpowiedzieć w ramach moich możliwości i kompetencji.

https://www.facebook.com/pages/Subiektywna/883158585048776?fref=ts


Do boju... i powodzenia!




piątek, 23 stycznia 2015

You Can Dance

Miałam duże szczęście.


Dwudziestego drugiego stycznia na Torwarze był nagrywany casting do nowej edycji YCD. Tak się życie poukładało, że miałam okazję się tam wybrać, i nawet trafić do pierwszego rzędu po platformie sędziowskiej.

Miało to swoje dobre i złe strony. Z jednej- miałam bezkonkurencyjnie najlepszą widoczność, z drugiej- przez około dziesięć godzin byłyśmy prawie non stop pod kamerami, co okazało się okrutnie męczące.

Szczerze podziwiam osoby pracujące codziennie w produkcji TV czy show biznesie. Czego by nie powiedzieć, jest to niesamowicie wymagające i wyczerpujące. Mi zdarzyło się to właśnie wczoraj, jednorazowo. Dzisiejszy dzień był bez makijażu, bez fryzur, bez miejsc publicznych. Żadnych kamer, spotkań, rozmów. Razem z Martą spędziłyśmy cały dzień oglądając Trudne Sprawy, Szkołę i Ukrytą Prawdę. Poważnie. Nic mądrego. Zrobiłyśmy naleśniki. Tyle, koniec. A to był tylko jeden dzień zdjęć!

Zorganizowanie castingu, łącznie z jego nagraniem było rzeczą niesamowicie absorbującą, w którą zaangażowane były tabuny ludzi. Przy produkcji którą ogląda się w TV pracuje cały sztab ludzi, którzy w tym przypadku byli bardzo zdyscyplinowani i zorganizowani.

Dla mnie jako osoby tańczącej najbardziej wartościowe okazało się zobaczenie na żywo tak wielu tancerzy prezentujących różne style w różnych formach, a przede wszystkim możliwość oceny i analizy uwag jurorów. Jestem pełna szacunku wobec determinacji i odwagi tych ludzi. Samo przejście pre-castingu i występ przed jurorami było trudne i stresujące.

Nie chcę powiedzieć za dużo, żeby nie zepsuć niespodzianki. Już niedługo będzie okazja własnego ocenienia pracy tancerzy- może wtedy napiszę więcej, między innymi o podejściu zawodników do tańca.
Z kilkoma miałam okazję porozmawiać.

Gorąco zachęcam śledzić YCD- warto.

:)



poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ferie leniwe niekoniecznie

Ile można zrobić w dwa tygodnie?


Ferie! Przeze mnie zawsze kojarzone ze śniegiem i wyjazdami na deskę, czy później- na konie.
Nie pamiętam kiedy ostatnio zostałam w domu na te dwa tygodnie. Uwielbiam jeździć na snowboardzie i konno, to się nigdy nie zmieniło. Tak czy inaczej- teraz zostałam i bynajmniej nigdzie się nie wybieram.

Bardzo ambitny plan spędzenia intensywnych dwóch tygodni w życie czas wcielić! Ale jakoś nie zawsze się chce...

Jak zostanę w domu pouczę się/będę tańczyć/będę czytać lektury/ będę się rozciągać/ będę jeździć konno.

Miałam też ambitne plany ułożenia solo na zawody taneczne. Dużo ambitnych planów, dużo.

Bardzo.

Zaczęłam porządnie, nie powiem.

Sobota, godzina ósma--> cały świat śpi po piątkowym szaleństwie--> Moniczka jedzie--> i jedzie--> i stoi w pociągu--> na trening--> do jedenastej piętnaście.

Oczywiście na zajęciach umarłam z siedem razy, z powodu zerowej kondycji spowodowanej kilkumiesięcznym, niechcianym tanecznym urlopem. Dotrwawszy dzielnie z dziewczynami do końca, uświadomiłam sobie z Olgą- tegoroczną maturzystką, że w zasadzie zostałyśmy obie w domu, aby się uczyć, i to jest straszliwie, jak mało my umiemy. Ona- do matury, ja- do certyfikatów z angielskiego i matury również.

Nie ukrywam, ta mroczna wizja niesamowicie nas wystraszyła.

Pogrążone w rozpaczy postanowiłyśmy urządzić sobie trip po Warszawie, jedząc niezdrowe i tuczące rzeczy oraz kontemplując ból mięśni. Wszystko, tylko nie powrót do domu, bo książki przecież gryzą. A byłyśmy na treningu, więc bilans kaloryczny wyszedł na zero.

Tego samego dnia, pełna natchnienia postanowiłam ułożyć solo. Do dwóch godzinach udało mi się skleić dwie ósemki, które następnego dnia uznałam za okropne i od razu wyrzuciłam z choreografii. Po raz kolejny bilans wyszedł na zero.

W niedzielę wybrałam się na konie, aby urozmaicić sobie zestaw bolących mięśni. (Zaznaczam, że z powodu mojego sportowego kalectwa mam wyjątkowo beznadziejną kondycję). Kilkugodzinny teren na upartym, niejeżdżonym koniu wydał mi się wspaniałą perspektywą na miłe i spokojne spędzenie czasu. I teraz znowu (to chyba fatum) również umarłam siedem razy, chociaż udało mi się doprowadzić Kokardę (wdzięczne imię, ale nie dajcie się zwieść) do porządku i mnie nie zrzuciła. Dzień skończył się obiadkiem w rodzinnej, lecz nie mojej atmosferze, podczas którego niemalże udusiłam się ze śmiechu z powodu komentarzy Oli (kocham cię Olu) na temat jednego towarzysza posiłku. Zaznaczam, iż do rodziny nie należał.

Nie obeszło się również bez obgadywania chłopaków, omawiania perypetii życiowych oraz śmiania się z chińskiego. (Jak można uczyć się chińskiego???)

Dzisiejszy dzień był spokojniejszy. Spotkałam się z Anią i Agnieszką, właściwie nie wyszłam z domu. Chłopi i Wesele patrzą na mnie wielkimi oczami, ale staram się (wyjątkowo skutecznie) omijać biblioteczkę, w której je usadowiłam (pod kluczem!).

Na razie dużo czasu nie minęło, więc jest jeszcze szansa na pilną naukę.
Jest również szansa na jej brak, ale to inna kwestia. Niemniej godna zastanowienia.

Działo się, i dziać się będzie,
bo w końcu po to zostałam w domu, żeby robić to, na co mam ochotę. ;)