piątek, 23 stycznia 2015

You Can Dance

Miałam duże szczęście.


Dwudziestego drugiego stycznia na Torwarze był nagrywany casting do nowej edycji YCD. Tak się życie poukładało, że miałam okazję się tam wybrać, i nawet trafić do pierwszego rzędu po platformie sędziowskiej.

Miało to swoje dobre i złe strony. Z jednej- miałam bezkonkurencyjnie najlepszą widoczność, z drugiej- przez około dziesięć godzin byłyśmy prawie non stop pod kamerami, co okazało się okrutnie męczące.

Szczerze podziwiam osoby pracujące codziennie w produkcji TV czy show biznesie. Czego by nie powiedzieć, jest to niesamowicie wymagające i wyczerpujące. Mi zdarzyło się to właśnie wczoraj, jednorazowo. Dzisiejszy dzień był bez makijażu, bez fryzur, bez miejsc publicznych. Żadnych kamer, spotkań, rozmów. Razem z Martą spędziłyśmy cały dzień oglądając Trudne Sprawy, Szkołę i Ukrytą Prawdę. Poważnie. Nic mądrego. Zrobiłyśmy naleśniki. Tyle, koniec. A to był tylko jeden dzień zdjęć!

Zorganizowanie castingu, łącznie z jego nagraniem było rzeczą niesamowicie absorbującą, w którą zaangażowane były tabuny ludzi. Przy produkcji którą ogląda się w TV pracuje cały sztab ludzi, którzy w tym przypadku byli bardzo zdyscyplinowani i zorganizowani.

Dla mnie jako osoby tańczącej najbardziej wartościowe okazało się zobaczenie na żywo tak wielu tancerzy prezentujących różne style w różnych formach, a przede wszystkim możliwość oceny i analizy uwag jurorów. Jestem pełna szacunku wobec determinacji i odwagi tych ludzi. Samo przejście pre-castingu i występ przed jurorami było trudne i stresujące.

Nie chcę powiedzieć za dużo, żeby nie zepsuć niespodzianki. Już niedługo będzie okazja własnego ocenienia pracy tancerzy- może wtedy napiszę więcej, między innymi o podejściu zawodników do tańca.
Z kilkoma miałam okazję porozmawiać.

Gorąco zachęcam śledzić YCD- warto.

:)



poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ferie leniwe niekoniecznie

Ile można zrobić w dwa tygodnie?


Ferie! Przeze mnie zawsze kojarzone ze śniegiem i wyjazdami na deskę, czy później- na konie.
Nie pamiętam kiedy ostatnio zostałam w domu na te dwa tygodnie. Uwielbiam jeździć na snowboardzie i konno, to się nigdy nie zmieniło. Tak czy inaczej- teraz zostałam i bynajmniej nigdzie się nie wybieram.

Bardzo ambitny plan spędzenia intensywnych dwóch tygodni w życie czas wcielić! Ale jakoś nie zawsze się chce...

Jak zostanę w domu pouczę się/będę tańczyć/będę czytać lektury/ będę się rozciągać/ będę jeździć konno.

Miałam też ambitne plany ułożenia solo na zawody taneczne. Dużo ambitnych planów, dużo.

Bardzo.

Zaczęłam porządnie, nie powiem.

Sobota, godzina ósma--> cały świat śpi po piątkowym szaleństwie--> Moniczka jedzie--> i jedzie--> i stoi w pociągu--> na trening--> do jedenastej piętnaście.

Oczywiście na zajęciach umarłam z siedem razy, z powodu zerowej kondycji spowodowanej kilkumiesięcznym, niechcianym tanecznym urlopem. Dotrwawszy dzielnie z dziewczynami do końca, uświadomiłam sobie z Olgą- tegoroczną maturzystką, że w zasadzie zostałyśmy obie w domu, aby się uczyć, i to jest straszliwie, jak mało my umiemy. Ona- do matury, ja- do certyfikatów z angielskiego i matury również.

Nie ukrywam, ta mroczna wizja niesamowicie nas wystraszyła.

Pogrążone w rozpaczy postanowiłyśmy urządzić sobie trip po Warszawie, jedząc niezdrowe i tuczące rzeczy oraz kontemplując ból mięśni. Wszystko, tylko nie powrót do domu, bo książki przecież gryzą. A byłyśmy na treningu, więc bilans kaloryczny wyszedł na zero.

Tego samego dnia, pełna natchnienia postanowiłam ułożyć solo. Do dwóch godzinach udało mi się skleić dwie ósemki, które następnego dnia uznałam za okropne i od razu wyrzuciłam z choreografii. Po raz kolejny bilans wyszedł na zero.

W niedzielę wybrałam się na konie, aby urozmaicić sobie zestaw bolących mięśni. (Zaznaczam, że z powodu mojego sportowego kalectwa mam wyjątkowo beznadziejną kondycję). Kilkugodzinny teren na upartym, niejeżdżonym koniu wydał mi się wspaniałą perspektywą na miłe i spokojne spędzenie czasu. I teraz znowu (to chyba fatum) również umarłam siedem razy, chociaż udało mi się doprowadzić Kokardę (wdzięczne imię, ale nie dajcie się zwieść) do porządku i mnie nie zrzuciła. Dzień skończył się obiadkiem w rodzinnej, lecz nie mojej atmosferze, podczas którego niemalże udusiłam się ze śmiechu z powodu komentarzy Oli (kocham cię Olu) na temat jednego towarzysza posiłku. Zaznaczam, iż do rodziny nie należał.

Nie obeszło się również bez obgadywania chłopaków, omawiania perypetii życiowych oraz śmiania się z chińskiego. (Jak można uczyć się chińskiego???)

Dzisiejszy dzień był spokojniejszy. Spotkałam się z Anią i Agnieszką, właściwie nie wyszłam z domu. Chłopi i Wesele patrzą na mnie wielkimi oczami, ale staram się (wyjątkowo skutecznie) omijać biblioteczkę, w której je usadowiłam (pod kluczem!).

Na razie dużo czasu nie minęło, więc jest jeszcze szansa na pilną naukę.
Jest również szansa na jej brak, ale to inna kwestia. Niemniej godna zastanowienia.

Działo się, i dziać się będzie,
bo w końcu po to zostałam w domu, żeby robić to, na co mam ochotę. ;)




niedziela, 11 stycznia 2015

Papierowa dziewczyna

Realia w fantastycznych klimatach


"Papierowa dziewczyna"  
"La fille de papier"
 Guillaume Musso

Okrzyknięta kolejnym bestsellerem ósma powieść jednego z najpopularniejszych pisarzy Francji.
Krytycy zachwycali się umiejętnością łączenia światów rzeczywistego i wyobraźni.

Powieść lekka, przyjemna i dość szybko się ją czyta.
Zdecydowanie zachęcam fanów irracjonalnej miłości, skomplikowanych relacji międzyludzkich i mozaiki uczuć- a to wszystko w romantycznej, francuskiej atmosferze tajemnicy. Pod tym względem, faktycznie mistrzostwo. Zaskakuje to, jak daleko w "magię" brnie autor w kreacji bohaterów i nastroju, a potem obronną ręką * z tego wychodzi.

Książka nie rozpoczyna się wartką akcją a jest raczej nostalgiczna. Wielbicielom "ostrej jazdy"polecam kontynuowanie lektury z obietnicą, że nie brak będzie im wrażeń. Oj, nie brak.
Ostatecznie dzieje się naprawdę dużo: miłość, nienawiść, zapomniane zbrodnie, konflikt z prawem a przede wszystkim górująca nad wszystkim potęga ludzkiego umysłu i wolnej woli.

Delikatnym defektem jest to, że czasem ciężko jest się odnaleźć: jest to literatura piękna, czy fantastyczna, w co wierzymy, z jakiego założenia mamy wychodzić? Być może innym nie będzie to przeszkadzać, po prostu podchodząc do lektury puśćcie wodze fantazji- czytanie będzie dużo przyjemniejsze.

*Ostatecznie pomysł się broni, chociaż widać drobne niedociągnięcia. Być może taki właśnie był zamysł, żeby nie oceniać książki w sztywnych kategoriach. Uważam jednak, że jak już się coś tłumaczy, to lepiej zrobić to w sposób (tym razem) konkretny. Tak, żeby nie zostawić czytelnika w niepewności, czy faktycznie tak było? Cóż, może jestem za mało romantyczna. Proszę mi wybaczyć.



czwartek, 8 stycznia 2015

Marylin Monroe w trzech wydaniach

"Pół żartem pół serio", "Słomiany wdowiec" i "Nie ma jak show" pod lupą


Miejsce 1!

"Pół żartem, pół serio"

"Some like it hot"

Ten film zachwyca mnie pod każdym względem. Jest lekki, niezobowiązujący, a dość komiczna akcja naprawdę interesuje. W produkcji wykorzystano śmieszność przemyślany sposób: nie jest cukierkowa ani przesadzona; dzięki temu nie traci na wartości.
Oczywiście należy też wspomnieć o genialnej obsadzie aktorskiej, która według mnie spisuje się świetnie.

W rolach głównych Tony Curtis, Jack Lemmon, Marylin Monroe.
Reżyseria: Billy Wilder
Film uzyskał sześciokrotną nominację do Oscara w 1959 roku za reżyserię, produkcję, scenariusz, zdjęcia
oraz kostiumy. Jack Lemmon uzyskał nominację za najlepszą rolę męską.



Miejsce 2!

"Nie ma jak show"
"There's no business like show business"


Niewątpliwie w tej produkcji potencjał głównej aktorki został stuprocentowo wykorzystany i ukazany w pełnej krasie. Uwagę zwraca głównie jej piękno, wdzięk, urok i śpiew.

Jest to tak imponujące, że czyni film dobrym.
Fabuła jest w porządku, nie jest powiązana z prywatnym życiem Marylin.
Ładny film nastawiony na Monroe, ale nie o niej.

W rolach głównych: Ethel Merman, Donald O'Connor, Marylin Monroe
Reżyseria: Walter Lang



Miejsce 3.

 "Słomiany wdowiec"
"The seven year itch "

Monroe jest ładna, ale (tym razem) zbyt mocno naiwna. Jest dobra, ale nic z tego nie wynika.
Właściwie nic z niczego nie wynika.
Akcja rozgrywa się w jednym miejscu, i według mojego odczucia tkwi w fazie wstępu.
Rozwinięcia, zakończenia czy punktu kulminacyjnego próżno szukać. Razi fakt, że w filmie uwaga przykuwana jest do błahostek: to, że bohaterka podczas kąpieli w wannie włożyła duży palec u stopy do kranika, i się martwi, lub że kwiatek spadł i doniczka się rozbiła.
Nie jest to film mocno symboliczny i przeznaczony do analiz, więc nie za bardzo wiadomo jak się w tym odnaleźć.

W rolach głównych: Marylin Monroe, Tom Ewell
Reżyseria: Billy Wilder








Projekt Współ!Pracuj

Spojrzenie od wewnątrz

Organizowanie projektu społecznego to niewątpliwie jedno z najważniejszych przedsięwzięć, w jakie zaangażowałam się ostatnimi czasy. Gdy usłyszałam o praktycznej olimpiadzie "Zwolnieni z Teorii" w czasie mniej więcej dwóch i pół sekundy zdecydowałam się wziąć w niej udział. Wszystko planowałyśmy z Anią i Agnieszką, i to sprawiło, że wizja organizowania akcji stała się bardziej ekscytująca, niż przypuszczałyśmy.

Na początku szło powoli. Cieszyłyśmy się jak dzieci ze zrobionego loga (te rybki są takie fajne, a ten wykrzyknik taki różowy!!!), zaprojektowanych ulotek albo pierwszej dostawy plakatów. Nerwy zaczęły się przy pierwszych trudnościach, takich jak problemy ze znalezieniem sponsorów czy organizacji samej akcji.Okazało się, że trzeba uważać na formalności, zbierać każde pismo, pokwitowanie, robić sreeny z maili z partnerskimi firmami. Dlaczego?

Projekt społeczny opiera się na zasadzie non-profit. Trzeba rozliczyć się z tego, co pozyskałyśmy, udowadniając, że nie czerpałyśmy z tego materialnych korzyści.

Współ!Pracuj to efekt pracy wielu ludzi, którzy zaangażowali się w bezinteresowną pomoc podczas realizacji naszego planu. Wykazali się oni niesamowitym wsparciem i siłą. Bez wszystkich wspierających nas osób nasz projekt nie miałby takiej wartości. Dopiero po akcji uświadomiłyśmy sobie, że nie gra terenowa, nie opis na facebooku, ale to, co wspólnie stworzyliśmy jest dowodem na nasze hasło. To, co chciałyśmy przekazać działa w praktyce.

Współpraca popłaca!

Bywały spięcia. Pamiętam mieszane odczucie, jak po raz (chyba?) pierwszy od jedenastu lat ja i Ania poważnie się ze sobą nie zgadzałyśmy.

Mam wrażenie, że czegoś nas to nauczyło. Nie zawsze będzie kryształowo, a prawdę mówiąc będzie coraz ciężej. Wymagania będą coraz wyższe. Będę starała się zawsze szanować i słuchać drugiego człowieka, nawet jeśli z jego poglądem/podejściem/koncepcją się nie zgadzam. Tak będzie łatwiej i lepiej dla wszystkich.

Wygląda więc na to, że rezygnuję z krytyki i zabieram się za coś bardziej konstruktywnego.

Chciałabym przede wszystkim gorąco podziękować każdej życzliwej nam sobie, każdemu człowiekowi, który się zaangażował, zainteresował albo po prostu w nas wierzył. Chciałyśmy zrobić coś dobrego dla siebie i dla innych. Nie wiem, czy przypadkiem inni nie zrobili dla nas więcej.

Szczególne podziękowania składam;
Marcie i Piotrkowi, za to, że ze są ze mną na dobre i na złe, wspierają nawet w najcięższych chwilach,
oraz Przemkowi- czuję się zobowiązana, że był przy mojej przyjaciółce po to, by we wszystkim jej pomagać.

Dziękujemy!!!


wtorek, 6 stycznia 2015

Well-formed outcome

Cele i dążenia...I do czego "Szymon Majewski" tak na prawdę mnie zmotywował 


Jakiś czas temu redakcja gazety dla której piszę zorganizowała dla nas szkolenie, w ramach, jak sądzę, ogólnego dziennikarskiego dokształcania. Obok storytellingu i zarządzania czasem, jednym z tematów miała być motywacja. Ja, biedna zbłąkana dusza, nieraz cierpiąca na syndrom białej kartki nigdy chyba nie poczułam się bardziej potrzebująca w tej właśnie dziedzinie. Ochoczo wybrałam się na szkolenie, oczekując gwałtownych przemian w moim podejściu do życia.

Cóż. Mogę. Powiedzieć.
Szkolenie z motywacji (bo to właśnie na nim zamierzam się skupić) prowadził niesamowicie sympatyczny sobowtór Szymona Majewskiego. Trochę rozbawione a trochę zdziwione tym faktem, ja i moja przyjaciółka Emanuela czekałyśmy na dalszy rozwój wydarzeń.

Szkoleniowiec okazał się niesamowicie komunikatywny i szybko złapał z nami kontakt. Po pierwsze, nie zaczął od opracowanej przez kogoś teorii. Nawiązał dyskusję, a materiał, nad jakim mieliśmy pracować, mieliśmy wypracować sami. Podczas całego szkolenia wplatał w rozmowę scenki i przykłady z życia swojego i innych (żart o Sokratesie, który przywołam pod koniec). Te czynniki sprawiły, że rozmowa toczyła się szybko i z zainteresowaniem słuchaliśmy, co facet ma do powiedzenia. Niewątpliwie jego kompetencjom nie dało się zaprzeczyć.

Wspólnie doszliśmy do wniosku, co nas motywuje:
1. satysfakcja
2. nagroda
3. relacje
4. pieniądze
5. deadline

Następnie doszliśmy do zaskakującego wniosku, że każdego z nas motywuje coś innego, a jeśli to samo, to nieraz pod innym względem, kątem, natężeniem i każdym innym czynnikiem. No dobrze, więc potrafimy mniej więcej zmotywować siebie, ale co jeśli będziemy musieli motywować innych? Przecież to, co dla nas jest największym motywatorem, może być dla jakiejś osoby na szarej dole jego listy jako ostatnia rzecz mająca jakikolwiek wpływ na sprawę lub zrobienie czegoś.

Wniosek 1 był tak łatwy, tak nieoczywisty i trafny: trzeba motywować i rozmawiać z ludźmi przez ich własne filtry, przekonywać tym, co ich przekonuje, szukać ich priorytetów.
Bez komunikacji nie ma motywacji.

Z zaskoczeniem przyznałam, że taka zależność faktycznie istnieje. Podczas tworzenia i prowadzenia z moimi dwoma przyjaciółkami projektu społecznego "Współ!Pracuj" zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze. Ponad to, jestem pewna, że gdyby nie ciągłe, wzajemne wspieranie i motywowanie się nic nie udałoby się nam osiągnąć.

Wniosek 2 brzmiał: cele muszą być zbieżne, nie mogą się blokować ani rywalizować ze sobą. 
Dotyczy to zarówno celów jednej osoby jak i grupy osób. Nie powinno się dążyć do rzeczy, które się wykluczają, bo będą uniemożliwiać wykonanie jakiegokolwiek skutecznego ruchu w dobrą stronę.

Krok za Wnioskiem 2 natknęliśmy się na...

Wniosek 2.5: Bezpiecznie jest mieć plan B. Tak na wszelki wypadek. Jednak zbytnie rozwarstwienie planu może skutkować w mniejszym zaangażowaniu w plan A, który z założenia jest nam droższy. 

Tak jak już wspomniałam, nasz wykładowca bardzo szybko złapał z nami kontakt. Niedługo potem objawił się nam Wniosek 3, którego działanie chcąc nie chcąc, musieliśmy uznać za imponujące.

Wniosek 3: komunikując się z innymi musimy być rozważni; aby komunikat był najlepiej przyjęty odbiorca powinien być w stanie przypisać to o czym mówimy/piszemy do swojego życia lub doświadczenia. Słuchacz powinien móc przeżyć to co mówimy na swój sposób i dzięki temu to przyswoić. 

I po raz kolejny Wniosek + koma:

Wniosek 3.5: w związku z tym należy dawkować informacje, żeby słuchacza nie przytłoczyć. Jeden tekst, jedno przesłanie. 

Nie będę wchodziła na temat komunikacji w mediach, bo to jest kwestia powiązana, lecz oddzielna. Postaram się przekazać to, czego się nauczyłam w następnym poście. Chciałabym też zwrócić uwagę, że nie jestem profesjonalistką w tych dziedzinach, jedynie dzielę się doświadczeniami i wiedzą, które miałam okazję nabyć.

Kontynuując opowieść, byliśmy dość zaskoczeni trafnością spostrzeżeń naszego wykładowcy. Ja i Emanuela faktycznie chciałyśmy z nim pracować i przyswoić wiedzę, która już na tym etapie bardzo nam zaimponowała. 

Prowadzący zadał nam pytanie, co to znaczy dobry cel. Nie potrafiłam odpowiedzieć konkretnie na to pytanie. Zaraz, przecież przed chwilą ustaliliśmy, że dla każdy może mieć zupełnie inny system postrzegania różnych rzeczy, a więc idąc za ciosem, różny system oceny, czy cel jest dobry czy nie.

Szybko zostałam wyprowadzona z błędu. Dowiedzieliśmy się, że istnieje pewien uniwersalny schemat, który nie narzuca, lecz pomaga dobrze formułować cel. W żadnym wypadku nie znaczy to, że cel jest niedobry!

Szczerze mówiąc, mój cel już od pierwszego punktu był "niedobry". Poczułam się urażona. Jak to niedobry?
"Chciałabym dostać się na takie a takie studia." To niedobry cel? 
Cóż, okazało się, że cel jest bardzo dobry, ale źle sformułowany. 

Udostępniono nam materiał, który miał pomóc nam formułować swój cel i dążyć do niego.


Cel powinien być:

1) pozytywny!
- zamiast "nie chcę zostać wyrzucony z pracy" sformułuj swój cel "pracuję jako ... w firmie..." 

2) konkretny!
- " chcę być gwiazdą" -to nie jest dobrze sprecyzowany cel. Napisz co chciałbyś faktycznie osiągnąć, by czuć się gwiazdą. Chcesz być bogaty? Napisz ile pieniędzy chcesz zarobić.

3) określony w czasie!
- potrzebny jest dokładny termin osiągnięcia celu, data dzienna, "do tego momentu uda mi się zrobić to i to"

4) określony zmysłowo!
- musisz określić, jak poznasz, że cel został osiągnięty, jak się będziesz czuł, co będziesz robił itd.

5) ekologiczny!
-czy cel przyniesie korzyści i nikomu nie wyrządzi szkód?

6) sformułowany w czasie teraźniejszym!
- mam, robię, jestem zamiast chciałabym mieć, fajnie by było robić, mogłabym mieć itd.

7) uwzględniający posiadanie zasoby!
- realizm, co mam, a co jest mi potrzebne, żeby cel osiągnąć, jeśli tak, to jak to zdobyć

 8) mieć start
-jaki jest pierwszy krok do osiągnięcia celu; potem: jaki jest drugi, trzeci?

9) własny!
-robisz to co chcesz, czy to czego oczekuje środowisko? robisz to, co cię uszczęśliwi?

10) ZAPISANY!

Łatwo zauważyć, że popełniłam standardowy błąd, który koryguje punkt 6. Po raz kolejny byłam pod wrażeniem. To faktycznie się sprawdza!

Czas szkolenia szybko minął. Gdy ogłoszono, że czas na przerwę i spotkanie się skończyło wszyscy uczestnicy jakby wytrząsnęli się z transu. Ja i Emanuela byłyśmy zaskoczone: prawdę mówiąc, nie spodziewałyśmy się czegoś tak życiowego.

Nie będę pisać, że wróciwszy do domu ochoczo zabrałam się za zmianę mojego życia, bo tak nie było. Postępowanie zgodnie z takim planem wymaga konsekwencji, cierpliwości i czasu, by te cechy wypracować i oswoić. Będąc na tym etapie, jestem raczej skłonna stwierdzić, że "Majewski" zmotywował mnie do motywacji, a nie do celu. 

Jestem bardzo wdzięczna, że miałam okazję poznać te zasady, bo nawet jeśli nie trzymam się sztywno mojej listy jest mi łatwiej oceniać różne rzeczy i działać w sensownej kolejności. Uważam, że było warto. 

A teraz żart o Sokratesie:

 W starożytnej Grecji, Sokrates był uważany za człowieka, który posiadł wielka mądrość i wiedzę. Pewnego dnia znajomy spotkał wielkiego filozofa i powiedział:
- Sokratesie, wiesz, czego właśnie dowiedziałem się o Twoim uczniu?

- Zaczekaj chwilę - odpowiedział Sokrates - zanim mi o tym powiesz, chciałbym poddać Cię malej próbie.
- Próbie?

- Właśnie - kontynuował filozof - nim powiesz mi coś o moim uczniu, sprawdźmy te informacje pod trzema katami. Pierwszy to PRAWDA. Czy jesteś całkowicie pewien, ze to, o czym chcesz mi powiedzieć jest prawda?
- Nie - odpowiedział znajomy - właściwie to dowiedziałem się o tym od kogoś...
- W porządku - przerwał mu Sokrates - wiec nie wiesz, czy to jest prawda czy nie. Teraz drugi filtr - filtr DOBRA. Czy chcesz mi powiedzieć o tym uczniu coś dobrego?
- Nie, wręcz przeciwnie...
- W takim razie - odparł uczony - chcesz mi powiedzieć coś złego o nim, ale nie jesteś pewien czy jest to prawda. Został jeszcze ostatni filtr: filtr POŻYTECZNOŚCI. Czy to, co chcesz mi powiedzieć jest dla mnie pożyteczne?
- Nie, właściwie to nie...
- A wiec - skonkludował Sokrates - jeśli to, o czym chcesz mi powiedzieć może nie być prawdziwe, nie jest dobre, ani nawet przydatne dla mnie, to, po co o tym w ogóle mówić?


I właśnie dlatego Sokrates nigdy nie dowiedział się, że jego żona go zdradza. 


Przesłanie brzmiało: nie myślcie jak Sokrates, bądźcie otwarci na komunikację!

Na dzisiaj to wszystko.
Dobrej nocy!







Startujemy!



Uno, dos, tres! Będą artykuły, recenzje, opinie i anegdotki z życia codziennego. Nie jestem w stanie sprecyzować, co mnie popchnęło do założenia bloga. Może potrzeba "wygadania się", może podzielenia z innymi moimi opiniami czy doświadczeniami. Robię dużo rzeczy, mam nowe pomysły, próbuję, staram się i nieraz się zawodzę. Trudno. Jest taki pisarz, Frank Duffy, który powiedział kiedyś, że życie polega na przeżywaniu i emocjach. Więc przeżywam, póki umiem i póki mi się chce, żeby rutyna i nuda zbyt szybko mnie nie dopadła.

Każdy ma jakiś cel, mniej lub bardziej sprecyzowany. W sumie to całe nasze życie składa się z małych lub dużych celów, do których nieustannie się dąży. Dla kogoś celem może być szczęśliwe życie, dla kogoś innego dostanie się na studia. Kwestia osiągnięcia celu dotyczy motywacji, ale to temat na inną notkę, prawdopodobnie następną. Pnę do tego, że ja też mam cele, i długo pracowałam nad tym, żeby je jakkolwiek sprecyzować. Łatwiej mi zajmować się tysiącem spraw, jak wiem, czego chcę. Są wobec mnie życzliwi ludzie, którzy nieustannie pomagają mi we wszystkim, i sporym szczęściem było odkrycie ich obecności w moim życiu i docenienie ich. Jakbyście się uważnie rozejrzeli, też byście z zaskoczeniem dostrzegli, ilu ich jest. Według mnie, poza celami, super ważne i miłe są smaczki życia. Mam plan po drodze poświecić im trochę uwagi.

Mimo wszystko, mistrzem i panem porządku nie jestem, i nie sądzę żebym kiedykolwiek była. W gruncie rzeczy uważam, że jest to lekko sprzeczne z moją roztrzepaną naturą. To czego potrzebuję, to więcej motywacji i systematycznośći, bo moje życie dzieli się na super-intensywne okresy i czas straszliwego lenistwa. Prawdę mówiąc, podejrzewam, że gdybym przestała się czasem zamartwiać nad rzeczami, które muszę zrobić, a zajęła się ich robieniem, to nie byłoby nad czym płakać.

Po trochu o wszystkim, bez pośpiechu. I do przodu, do przodu.
Sporo się dzieje, i dobrze.Na szczęście worek z moją energią magicznym sposobem prawie nigdy nie jest pusty.
Zaczynamy!
Enjoy!