poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ferie leniwe niekoniecznie

Ile można zrobić w dwa tygodnie?


Ferie! Przeze mnie zawsze kojarzone ze śniegiem i wyjazdami na deskę, czy później- na konie.
Nie pamiętam kiedy ostatnio zostałam w domu na te dwa tygodnie. Uwielbiam jeździć na snowboardzie i konno, to się nigdy nie zmieniło. Tak czy inaczej- teraz zostałam i bynajmniej nigdzie się nie wybieram.

Bardzo ambitny plan spędzenia intensywnych dwóch tygodni w życie czas wcielić! Ale jakoś nie zawsze się chce...

Jak zostanę w domu pouczę się/będę tańczyć/będę czytać lektury/ będę się rozciągać/ będę jeździć konno.

Miałam też ambitne plany ułożenia solo na zawody taneczne. Dużo ambitnych planów, dużo.

Bardzo.

Zaczęłam porządnie, nie powiem.

Sobota, godzina ósma--> cały świat śpi po piątkowym szaleństwie--> Moniczka jedzie--> i jedzie--> i stoi w pociągu--> na trening--> do jedenastej piętnaście.

Oczywiście na zajęciach umarłam z siedem razy, z powodu zerowej kondycji spowodowanej kilkumiesięcznym, niechcianym tanecznym urlopem. Dotrwawszy dzielnie z dziewczynami do końca, uświadomiłam sobie z Olgą- tegoroczną maturzystką, że w zasadzie zostałyśmy obie w domu, aby się uczyć, i to jest straszliwie, jak mało my umiemy. Ona- do matury, ja- do certyfikatów z angielskiego i matury również.

Nie ukrywam, ta mroczna wizja niesamowicie nas wystraszyła.

Pogrążone w rozpaczy postanowiłyśmy urządzić sobie trip po Warszawie, jedząc niezdrowe i tuczące rzeczy oraz kontemplując ból mięśni. Wszystko, tylko nie powrót do domu, bo książki przecież gryzą. A byłyśmy na treningu, więc bilans kaloryczny wyszedł na zero.

Tego samego dnia, pełna natchnienia postanowiłam ułożyć solo. Do dwóch godzinach udało mi się skleić dwie ósemki, które następnego dnia uznałam za okropne i od razu wyrzuciłam z choreografii. Po raz kolejny bilans wyszedł na zero.

W niedzielę wybrałam się na konie, aby urozmaicić sobie zestaw bolących mięśni. (Zaznaczam, że z powodu mojego sportowego kalectwa mam wyjątkowo beznadziejną kondycję). Kilkugodzinny teren na upartym, niejeżdżonym koniu wydał mi się wspaniałą perspektywą na miłe i spokojne spędzenie czasu. I teraz znowu (to chyba fatum) również umarłam siedem razy, chociaż udało mi się doprowadzić Kokardę (wdzięczne imię, ale nie dajcie się zwieść) do porządku i mnie nie zrzuciła. Dzień skończył się obiadkiem w rodzinnej, lecz nie mojej atmosferze, podczas którego niemalże udusiłam się ze śmiechu z powodu komentarzy Oli (kocham cię Olu) na temat jednego towarzysza posiłku. Zaznaczam, iż do rodziny nie należał.

Nie obeszło się również bez obgadywania chłopaków, omawiania perypetii życiowych oraz śmiania się z chińskiego. (Jak można uczyć się chińskiego???)

Dzisiejszy dzień był spokojniejszy. Spotkałam się z Anią i Agnieszką, właściwie nie wyszłam z domu. Chłopi i Wesele patrzą na mnie wielkimi oczami, ale staram się (wyjątkowo skutecznie) omijać biblioteczkę, w której je usadowiłam (pod kluczem!).

Na razie dużo czasu nie minęło, więc jest jeszcze szansa na pilną naukę.
Jest również szansa na jej brak, ale to inna kwestia. Niemniej godna zastanowienia.

Działo się, i dziać się będzie,
bo w końcu po to zostałam w domu, żeby robić to, na co mam ochotę. ;)




1 komentarz:

  1. Jeżdżę konno to naprawdę świetny sport! Naprawdę polecam ciekawy i kreatywny post :) Wspólna obserwacja ? Jeśli tak zacznij i pisz u mnie :) http://life-andstylee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń